niedziela, 14 grudnia 2008

Illusion - 13.12.2008 @ Wrocław, Hala Stulecia

Czekałam na ten koncert 10 lat. Mimo, że poznałam Illusion w 1998 roku, czyli jeszcze przed zakończeniem działalności, byłam zbyt smarkata, żeby wybrać się na któryś z ich koncertów. Dlatego czytając wieści o jedynym koncercie Iluzji we Wrocławiu, dostałam gęsiej skórki i nabrałam rumieńców na twarzy. Natychmiast zaopatrzyłam się w bilet, a potem już tylko odliczałam dni do tego niesamowitego koncertu. No ale po kolei...

Z Warszawy wyjechaliśmy o 8:00 wynajętym autokarem, co było niezwykłą wygodą. We Wrocławiu byliśmy ok. 14:30 i od razu udaliśmy sie pod halę ("Halę Starą W Chuj" :D), gdzie już zebrał się dość duży tłum osób. Pierwsze spotkania ze znajomymi, śmichy chichy, szybkie piwko i wio do środka.

Na pierwszy ogień poszedł wrocławski Clon. Muzycznie od razu nasunęło mi się skojarzenie z Sepulturą, a wokalistka przywołała w pamięci inne krzyczące panie (głównie Otep). Koncert przyzwoity, ale emocji większych nie wywołał, w końcu wszyscy w zniecierpliwieniu czekali na danie główne.

Po koncercie udaliśmy się na piwo, które z piwem miało niewiele wspólnego (dobrze chociaż, że było tanie), więc na kolejny występ nie załapaliśmy się w całości. Nie da się ukryć, że Hunter jest kapelą, którą darzę ogromnym sentymentem i mimo, iż po ich płyty już w ogóle nie sięgam, a nowości wypływające z ich obozu przelatują mi mimo uszu, to na koncertach od czasu do czasu się pojawię. Weszliśmy na salę, gdy pobrzmiewał "Grabaszszsz". Po "Kiedy Umieram" i "Osiem" przyszła pora na nowy materiał, znany już dobrze stałym bywalcom koncertów. Na koniec usłyszeliśmy "Białościerw", "Fallen" i "T.E.L.I.". Koncert niestety nie porwał, być może dlatego, że podekscytowana czekałam na gwiazdy wieczoru, a być może dlatego, że po raz kolejny usłyszałam ten sam nudny i przewidywalny set (o kawałkach z "Requiem" w wersji live możemy już sobie pomarzyć).

Następnym punktem programu była Coma, więc czym prędzej wycofaliśmy się z sali, by uskuteczniać towarzyską integrację. Obecność Comy na tej imprezie można podsumować jednym słowem - nieporozumienie. No ale nie będę wnikać w motywy, jakie kierowały organizatorami, podczas obmyślania składu tego koncertu. Spędziłam ten czas bardzo przyjemnie i nabrałam sił na dalszą część dnia, więc występ łódzkiej formacji był strzałem w dziesiątkę. ;)

Koncertu Acid Drinkers bardzo się bałam, a zarazem bardzo na niego czekałam. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie ich występu z jedną gitarą, tak samo jak nie byłam w stanie wyobrazić sobie bólu, jaki ich przeszywał, po stracie przyjaciela i osoby, która dała nadzieję na to, że zespół wyjdzie wreszcie na prostą. Moje wszystkie obawy rozmyły się, gdy ujrzałam scenografię. Olass był obecny z nami, na scenie pod postacią wielkiego zdjęcia z sesji zdjęciowej do "Verses of Steel" i gitary podłączonej do wzmacniacza, jakby czekającej na to, aż Olo wyjdzie i weźmie ją do rąk. Aż mi serce podeszło do gardła.

 Foto: Kriz  (http://krizphoto.net/)

Zaczęli standardowo pierwszymi czterema utworami z ostatniego albumu: "Fuel Of My Soul" - "In A Black Sail Wrapped", "Swallow The Needle" i "The Ark". W międzyczasie Titus szczątkowo skomentował ich występ, mówiąc jedynie, że grają dzisiaj we trójkę i wszyscy wiemy dlaczego. Podobało mi się, że powiedział tak niewiele, a zarazem aż tak dużo. Nic więcej dodawać nie trzeba było, koncert sam w sobie był tykającą emocjonalną bombą, która miała wybuchnąć przy dźwiękach, kończących cały występ Acid Drinkers... Rozległy się brawa i skandowanie imienia Olassa, a Kwasy kontynuowały utworem "Megalopolis", który wszyscy obecni na trasie promującej VoS, dobrze już znali. Przy "High Proof Cosmic Milk" nastąpiła mega euforia z mojej strony, ponieważ jest to jeden z tych utworów, które maglowane choćby milion razy, zawsze wywołują ciarki. Dalsza część koncertu, to już standardy grane na Verses of Steel Tour. Po "The Joker" Panowie zeszli ze sceny, by zrobić miejsce największej i najjaśniejszej gwieździe tego wieczoru. Na telebimach pojawiły się zdjęcia Olassa, fragmenty z making of VoS, filmu Chasing the Acids oraz urywki z różnych koncertów, a z głośników rozbrzmiał "Blues Beatdown", czyli najbardziej Olassowy kawałek na ostatniej płycie Kwasożłopów. Wiele osób nie kryło wzruszenia, ocierało łzy i śpiewało na całe gardło wraz z Olassem. Na scenie ponownie pojawili się muzycy Acids wraz z przyjaciółmi Olka, ukłonili się nam i zniknęli za kulisami, natomiast messieu Popcorn dowalił do pieca i w samotności przez kilkanaście sekund kłaniał się zdjęciu Olassa. Nigdy nie widziałam bardziej poruszającego widoku... Mimo, że słyszalny był brak drugiej gitary, cieszę się że Acid Drinkers postanowili właśnie w taki sposób uczcić pamięć Aleksandra Mendyka i nie znaleźli na szybko żadnego zastępstwa. Piękny gest i piękny tribute dla zmarłego kumpla, który spoglądając na nas z góry, na pewno był cholernie dumny.

Set lista:
1.Król Lew (intro)
2. Fuel Of My Soul
3. In A Black Sail Wrapped
4. Swallow The Needle
5. The Ark
6. Megalopolis
7. High Proof Cosmic Milk
8. Marian Is A Metal Guru
9. We Died Before We Start To Live
10. Silver Meat Machine
11. United Suicide Legion
12. Anybody Home?!
13. The Rust That I Feed
14. Drug Dealer
15. The Joker
16. Blues Beatdown

Po tak pełnym wzruszeń koncercie przyszła pora na danie główne. Wiadomo było wcześniej, że koncert Illusion będzie podzielony na dwie części - elektryczną, w której na gitarze zagra Sivy z Tuff Enuff i akustyczną, zagraną już z "naszym" Jerrym. Co znajdzie się w secie akustycznym wiadome było od początku, natomiast set elektryczny był owiany tajemnicą, więc zniecierpliwienie i niepokój o to, czy zagrają coś mojej ulubionej "Szóstki" rosło. Skowronki ćwierkały, że na koncercie ma się pojawić Guzik, więc pojawiały się również domysły o jego ewentualnym udziale wokalnym przy "Wojtku".
Zaczęli od swojego największego hitu."Nóż" zaśpiewany został na kilka tysięcy gardeł, co skutecznie zagłuszyło Lipę. Sytuacja taka miała miejsce jeszcze przez kilka następnych kawałków (w pewnym momencie Lipa zupełnie odsunął się do mikrofonu i z uśmiechem na twarzy napawał się śpiewem tłumu), ale na szczęście w dalszej części koncertu był już dobrze słyszalny. Kolejny kawałek - "Tło" - pełne zaskoczenie! Bardzo, ale to bardzo chciałam usłyszeć ten utwór (podobnie jak "Kukły", ale tego już niestety nie było mi dane). Na sali pełne szaleństwo, widać że wiele osób tęskniło za Illusion. Po serii szlagierów, których po prostu nie mogło zabraknąć usłyszeliśmy "następną piosenkę, która jest piosenką o niczym... Raz cztery o!". Tym razem mało kto śpiewał wraz z Lipą. Nawet nie jestem pewna, czy poza Tomkiem istnieje jakiś człowiek, który potrafiłby powtórzyć tekst do "140". ;) Nie zwalniamy tempa i lecimy dalej. Moja euforia urosła do niewyobrażalnych rozmiarów - są kawałki z "Szóstki" (mało kto obok mnie znał tekst do "Skocznego" i "Pukanego". Co jest z wami, ludzie?)!!! Po takiej dawce powera byłam tak szczęśliwa, że nie miałabym za złe, gdyby po "Pukanym" zeszli ze sceny. No ale przecież to jeszcze nie był koniec! Po świetnym "Na Luzie" nastąpiła chwila przerwy, Lipa zapowiada gościa i niektórzy już wiedzą co się stanie... Tak, na scenie pojawił się Guzik! Gdyby nie zapowiedź Lipy, to w życiu bym go nie poznała, na szczęście wykonanie "Wojtka" rozwiało wszystkie wątpliwości. To był jeden z najlepszych momentów tego koncertu. Pożegnaliśmy Guzika gromkimi brawami i rozpoczęła się akustyczna część koncertu. To mnie sprowadziło na ziemię - tylko trzy kawałki i do domu, ale przecież ja chcę jeszcze, i jeszcze, i jeeeeszcze... Na scenie stanął Jerry i od razu zrobiło się przyjemniej, cieplej i rodzinnie. "Cierń" i "Choćby jęk" w takim wydaniu zabrzmiały fenomenalnie, a "Tylko" zadedykowane Olassowi, utwierdziło mnie w przekonaniu, że Lipa jest najlepszym wokalistą w tym kraju i "choćbym się zesrała tak będzie"! Na bis usłyszeliśmy ponownie "Noża", co mnie troszkę rozczarowało. Wiem, że hicior, charakterystyczny riff i najbardziej rozpoznawalny kawałek Illusion, ale słysząc go na każdym koncercie Lipali, można już mieć dość, także zakończenie koncertu według mnie było zupełnie nie trafione. Tak czy srak, sobotni wieczór był pełen wrażeń, a koncerty Acid Drinkers i Illusion to największe i najbardziej wzruszające wydarzenia, w jakich miałam przyjemność uczestniczyć.

Set lista:
1.Intro z Bolilola
2. Nóż
3. Tło
4. W słomę rąk
5. BTS
6. Nikt
7. Big Black Hole
8. To co ma nadejść
9. Vendetta
10. Kły
11. Fame
12. Keff
13. 140
14. Adubi
15. Trzy ptaki
16. Little Bit Faster
17. Skoczny
18. Pukany
19. Na luzie
20. Wojtek
21. Cierń
22. Choćby jęk
23. Tylko
---------------------
24. Nóż

Czy to był naprawdę jedyny koncert Illusion? Trudno powiedzieć... Lipa wyglądał na bardzo zadowolonego, więc kto wie, czy raz na jakiś czas nie postanowią zagrać jakiejś sztuki. Oby tylko nie było reaktywacji z prawdziwego zdarzenia, bo zderzenie z własną legenda mogłoby się okazać katastrofą...

BOLILOL FOREVOR!

1 komentarz:

  1. Ano było nie tylko fajnie, ale i pięknie. Blues Breakdown chyba nigdy nie zapomnę, a za każdym razem jak się gam do niego pamięcia przechodzą mnie ciarki i ogarnia smutek. Na Illusion też było warto tłuc się tyle kilosów. Szkoda tylko, że musieli zepsuć to święto wepchnięciem Comy i Huntera przed Kwasków i Illusion. No ale organizator musiał mieć pewność, że jeśli o Illusion nie pamięta wystarczająca ilość osób, a Acidzi za ciężcy to chociaż kindermetalki od Huntera i rozstrojone emocjonalnie nastoletnie pannice od Comci zapełnią halę.

    OdpowiedzUsuń