Do klubu weszliśmy kilka minut po 19:00, oddaliśmy kurtki do szatni i swobodnie, pośród niewielkiej jeszcze liczby osób, zajęliśmy miejsce pod sceną. Oczekiwanie umilały nam rozmowy i miłe dla ucha utwory The Who czy The Beatles, które wydobywały się z głośników. Kilkanaście minut po 20:00 muzyka ucichła, na scenie pojawił się dym, a zza niego wyłonili się panowie z Marillion…. Ian Mosley zasiadł za perkusją, Steve Rothery wziął do rąk gitarę, która w jego dłoniach wyglądała jak zabawka, żywiołowy Pete Trewavas sięgnął po bas, a Mark Kelly dumnie stanął za klawiszami. Na samym końcu pojawił się Steve Hogarth - uśmiechnięty, bosy, ubrany w biały, błyszczący płaszcz z cekinami - wokalista, oraz jak się później miało okazać, również doskonały showman.
Podróż po twórczości Marillion rozpoczęliśmy od najnowszego wydawnictwa zespołu "Happiness is the Road". I tak, na początek usłyszeliśmy dwa utwory otwierające ten album: "Dreamy Street" oraz "This Train Is My Life", w którym zakochałam się od pierwszych dźwięków i który okazał się być doskonałym utworem koncertowym. Następnie na chwilę wróciliśmy do poprzedniej płyty zespołu i usłyszeliśmy znakomite "The Other Half". Mnóstwo energii i radości biło ze sceny. Ledwo się zaczęło, a ja już wiedziałam, ze to będzie wyjątkowy wieczór, który na pewno zapamiętam na bardzo długo. Po jedynym reprezentancie z płyty "Somewhere Else", powróciliśmy do najnowszego wydawnictwa. "Essence" zabrzmiało jeszcze piękniej niż na albumie. Gestykulacja i mimika H. niewątpliwie dodały temu utworowi skrzydeł. Pierwsze dźwięki "Fantastic Place" wprawiły mnie w osłupienie, a dwa następne utwory reprezentujące "Afraid Of Sunlight" - jeden z moich ulubionych albumów Marillion, zaczarowały i przeniosły do innego świata. Po krótkiej wycieczce po płycie "Brave", ponownie wróciliśmy do ostatniego wydawnictwa. Zaserwowano nam "Real Tears For Sale" – rewelacyjny numer zamykający drugą część płyty "Happiness is the Road", oraz "Asylum Satellite #1", w trakcie którego H. zniknął ze sceny, aby za chwilę pojawić się w (nieco przymałym ;)) garniturze, z okularami na nosie i laską przy boku. Stanął za mikrofonem, podpierając się laską i z ogromną gracją rozpoczął "The Invisible Man". Niesamowita dramaturgia w głosie H. sprawiła, że co i raz przechodziły mnie ciarki. Wykonanie tego utworu uświadomiło mi jak wspaniałym wokalistą jest Steve Hogarth, oraz jak sprawnie potrafi manipulować głosem, aby wydobyć emocje z poszczególnych utworów. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy. Po gromkich brawach panowie powrócili na scenę, by zagrać jeszcze cztery utwory na bis. Utwory nie byle jakie. :) Na pierwszy ogień poszedł singlowy "Whatever Is Wrong With You", a zaraz po nim znakomity i bardzo przeze mnie wyczekiwany "Neverland". Bez wątpienia był to jeden z najpiękniejszych momentów koncertu. Na koniec usłyszeliśmy tytułowe utwory z płyt "Afraid Of Sunlight" oraz "Happiness is the Road", podczas którego H., niczym małpka otumaniona dźwiękami granymi przez kolegów z zespołu, wspiął się na trzymetrową kolumnę ustawioną z głośników, nie przejmując się zupełnie jej wysokością, i spędził tam większą część utworu, dotykając rękoma sufitu, kładąc się, czy siedząc i wymachując wesoło nogami. Publiczność, zachęcana przez H., wyśpiewywała słowa refrenu jeszcze chwilę po tym, jak panowie się pożegnali i zniknęli za kulisami. Niestety koncert dobiegł końca…
Koncertowi towarzyszyły wizualizacje, które dodawały magii i idealnie komponowały się z poszczególnymi utworami. Jednak, gdyby ich zabrakło, nikt by się prawdopodobnie nie spostrzegł, ponieważ H. sam nieźle zadbał o oprawę wizualną koncertu. Jego gesty i teatralna wręcz mimika doskonale oddawały klimat utworów. Pozostali muzycy również fantastycznie się spisali. O ile Ian Mosley i Mark Kelly zostali unieruchomieni za swoimi instrumentami i niezbyt mogli sobie pozwolić na szaleństwa, tak Steve Hogarth i Pete Trewavas, który wesoło podrygiwał ze swoim basem, bawili się w najlepsze i nadrabiali za nich. Natomiast Steve Rothery ze skupieniem i niebywałą precyzją pieścił każdy dźwięk wydobywający się z jego gitar. To był cudowny wieczór, podczas którego przeniosłam się do wspomnianego "Fantastic Place", a wszystko za sprawą piątki muzyków, która zaprezentowała niewielką część swojej twórczości z prawdziwą gracją, profesjonalizmem i radością, która po tylu latach grania wciąż wydaje się być szczera i prawdziwa.
Set lista:
1. Dreamy Street
2. This Train Is My Life
3. The Other Half
4. Essence
5. Fantastic Place
6. Beautiful
7. Out Of This World
8. Mad
9. The Great Escape
10. Real Tears For Sale
11. Asylum Satellite #1
12. The Invisible Man
-----------------------------
13. Whatever Is Wrong With You
14. Neverland
15. Afraid Of Sunlight
16. Happiness Is The Road

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz