wtorek, 14 lipca 2009

Eko Union of Rock Festival - 09-11.07.2009 @ Węgorzewo


KONKURS GŁÓWNY (MIĘDZYNARODOWY):
W tym roku organizatorzy postanowili rozszerzyć formułę konkursową, dzięki czemu na dużej scenie zobaczyliśmy i usłyszeliśmy 11 zespołów z różnych krajów, w tym dwóch reprezentantów Polski. Pierwszego dnia zagrały: Saluminesia - zwycięzca ubiegłorocznego konkursu, czeski Sputnik, niezwykle energetyczny Dis-ney z Rosji oraz ukraińska Karna. Drugiego dnia zaprezentowały się kolejno: Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, przesympatyczni Węgrzy z Vian, Metropolis ze Słowacji oraz finowie z Tuvalu. W sobotę zobaczyliśmy występy białoruskiego zespołu Абшар, zwariowanych i kipiących energią Anglików z BlakFish oraz moich faworytów - serbskie Popečitelji (ach ten bas!).
Zgodnie z moimi przewidywaniami, największą publiczność zgromadził Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach i to właśnie on zgarnął nagrodę publiczności. Nagrodę przyznawaną przez dziennikarzy otrzymało Metropolis, natomiast główna wygrana przypadła zespołowi BlakFish, który nie ukrywał swej radości i ponownie wystąpił na dużej scenie (tym razem w towarzystwie szalonego WWF-skiego niedźwiedzia polarnego ;)). W porównaniu z ubiegłorocznym konkursem różnorodność muzyczna była ogromna, oryginalność i poziom zespołów również nieporównywalnie wysokie.

DZIEŃ PIERWSZY:
Pierwszy dzień festiwalu otworzył tarnowski zespół Totentanz. Miałam okazję oglądać ich w 2007 r. na trasie promującej trzeci album Riverside. Moje wspomnienia z tego wydarzenia nie są zbyt pozytywne, więc z premedytacją opuściłam większą część ich występu. Po części konkursowej pojawiły się chmury i zerwał się niezbyt przyjemny wiatr, na który nie byłam przygotowana, więc trzeba było przebrać się w cieplejsze ciuchy, wskutek czego ominęła mnie Renata Przemyk i pierwszy, przygotowany specjalnie na ten festiwal, jubileuszowy koncert. Po powrocie na pole koncertowe, stroił się już Renton. Nie porwali mnie swoją muzyką, dlatego też po wysłuchaniu kilku utworów, oddaliłam się od sceny i zaciekawiona wstąpiłam do namiotu TVP Kultura, w którym wyświetlano koncert Dżemu z ’91 r. warszawskiego Remontu. Były śpiewy, tańce oraz łzy. Nawet się nie spostrzegłam, gdy na scenie zaczęto instalować sprzęt Lao Che. Po ostatnim klubowym koncercie w Warszawie, który powalił mnie na kolana, byłam przepełniona nadzieją, że może tym razem uda mi się wreszcie przekonać do ich twórczości. Niestety w połowie koncertu, lekko znudzona i zmęczona, oddaliłam się od sceny by na spokojnie wyczekiwać utworów z jedynej płyty Lao Che, która w pełni przypadła mi do gustu. Jednak jedynym reprezentantem "Powstania Warszawszego" okazał się "Czerniaków" (zagrany zresztą w niezbyt ciekawy sposób). Rozczarowanie. Duże rozczarowanie.

Po szybkiej i sprawnie przebiegającej wymianie sprzętu nastąpiła chwila, dla której zjawiłam się w Węgorzewie… Na scenie pojawił się Oceansize! Dzięki temu, że Brytyjczycy grali jako przedostatni, pod sceną zebrało się niewiele przypadkowych osób i tym samym nikt nie zepsuł tego wspaniałego, magicznego klimatu, jaki udało się stworzyć zespołowi oraz Panom odpowiadającym za oświetlenie sceny (A co! To też ich zasługa! :)). Bez wątpienia był to jeden z najlepszych koncertów tegorocznej edycji festiwalu. Niecierpliwie czekam na płytę i kolejne koncerty w Polsce.
 Set lista:
 1. One Out Of nONE
2. Unfamiliar
3. The Charm Offensive
4. Women Who Love Men Who Love Drugs
5. A Homage to a Shame
6. Trail of Fire
7. You Can't Keep a Bad Man Down
8. Ornament/The Last Wrongs

Wykonawcą, wieńczącym pierwszy dzień festiwalu, był wrocławski zespół Hetane. Bardzo chciałam ich zobaczyć, jednak senność zwyciężyła i nie udało mi się doczekać nawet do pierwszego utworu… Wielki minus dla organizatorów za wrzucenie ich na szary koniec.


DZIEŃ DRUGI:
Pierwszą gwiazdą drugiego dnia Eko Union of Rock była Armia. Widząc, iż przypadło im granie koncertu przy dziennym świetle, miałam wiele obaw, jak wypadnie materiał z „Der Prozess” pozbawiony całej otoczki wizualnej, jaka towarzyszyła klubowej części trasy promującej najnowszy album. Na szczęście moje wątpliwości okazały się bezpodstawne, a nowy materiał nie stracił ani trochę na swojej mocy. Bardzo dobry koncert i świetne warunki do fotografowania (po raz drugi brawa dla oświetleniowców!). Szkoda, że ktoś popełnił falstart i przerwał „Animę” festiwalowym dżinglem. Dodam jeszcze, że dość interesującym zjawiskiem występującym pod sceną, był pewien podchmielony mężczyzna, który przez większość koncertu Armii krzyczał „Brylu napierdalaj!”. Czyżby jakieś omamy? ;]
Set lista:
1. Opowieść zimowa
2. Poza prawem
3. Popioły
4. Zły porucznik
5. Proces
6. Statek burz
7. Katedra
8. Przed prawem
9. Anima
10. Underground

Następnie na scenie pojawiła się wybuchowa mieszanka polsko-ukraińska, czyli Voo Voo i Haydamaky, którzy jakiś czas temu wydali wspólny album. Było niezwykle kolorowo, energetycznie i żywiołowo. Na scenie działo się bardzo dużo, a poszczególni muzycy co i raz pokazywali, że nie tylko świetnie brzmią jako zespół, ale również indywidualnie każdy z nich jest wspaniałym instrumentalistą. Zaangażowanie, uśmiech i ogromny luz na scenie – tak w kilku słowach można podsumować to, co zobaczyliśmy. Najlepszy koncert festiwalu!

Po tym emocjonującym występie przyszła pora na drugi jubileusz festiwalu… 20-lecie zespołu Acid Drinkers. Z tej okazji Kwasożłopy postanowili oddać hołd innej kapeli, która również ma srogie powody do świętowania. Chodzi oczywiście o legendę hard rocka – Led Zeppelin, którzy obchodzą w tym roku 40-tą rocznicę wydania swoich dwóch pierwszych płyt. W związku z tym na scenie pojawiła się Ewelina Flinta oraz Piotr Cugowski, którzy wspomogli wokalnie Titusa w kilku utworach. Pierwsza cześć koncertu wypadła znakomicie. Flinta i Cugowski pokazali potęgę swoich głosów i doskonale sprawdzili się w tym wspaniałym repertuarze, aczkolwiek Titus wcale nie był gorszy od kolegów. Jego forma wokalna przeszła moje wszelkie wyobrażenia! Dodatkowo porzucił granie kostką i zaczął szarpać struny palcami, co nadało zespołowi zupełnie innego (lepszego! - nie wstydźmy się tego słowa :)) brzmienia. Druga część koncertu zarezerwowana była dla Kwaśnego materiału i tutaj już mniej mi się podobało. Wyszło dość przeciętnie i niezbyt zaskakująco (nie licząc oczywiście zupełnie niespodziewanego "Del Rocca"). Generalnie wyglądało to tak, jakby 40-lecie Zeppelinów było ważniejsze od ich własnych 20-tych urodzin. Niemniej i tak miło było zobaczyć ich w Węgorzewie i wreszcie na własne oczy przekonać się o potędze Jankiela.
Set lista:
1. Kashmir
2. Communication Breakdown
3. Immigrant Song
4. Heartbreaker
5. Bring It On Home
6. Good Times Bad Times (+Ewelina Flinta)
7. Whole Lotta Love (+Ewelina Flinta)
8. Rock and Roll (+Piotr Cugowski)
9. Dazed and Confused (+Piotr Cugowski)
10. Del Rocca
11. Barmy Army
12. High Proof Cosmic Milk
13. Poplin Twist
14. 24 Radical Questions
16. The Jocker
17. Swallow The Needle
18. Pizza Driver

Następnie na scenę wskoczyła druga zagraniczna gwiazda festiwalu. Biohazard to mega legenda nowojorskiej sceny hard core'owej, która w zeszłym roku postanowiła wznowić działalność. Niestety na koncercie zabrakło Billy’ego Graziadei, któremu tego samego dnia urodził się syn. W zastępstwie zagrał Scott Roberts znany z ostatniego albumu zespołu pt. „Means to an End”. Już na samym początku Evanowi udało się złapać doskonały kontakt z publicznością, który utrzymywał się do ostatnich minut koncertu. Poza „old school shit” usłyszeliśmy także „Victim in Pain” - cover Agnostic Front oraz „We're Only Gonna Die” z repertuaru Bad Religion. Niesamowicie energetyczny koncert, przy którym nie dało się stać w miejscu. Jeżeli w Stodole zaprezentowali się równie dobrze, to padam na kolana i biję pokłony legendzie! Nowy album zapowiedziany został na 2010 rok, więc niewykluczone, że jeszcze będziemy mieli okazję zobaczyć ich w naszym kraju.

Na deser zagrał łódzki L.Stadt, który z ogromną przyjemnością odpuściłam.


DZIEŃ TRZECI:
O 17:00 na placu koncertowym zebrał się całkiem pokaźny tłum, zupełnie niespotykany w poprzednich dniach o tej porze. A wszystko za sprawą KSU, którzy grając już od 30 lat, wpisali się na stałe w karty historii polskiego punk rocka. Dla mnie był to jeden z najsłabszych koncertów festiwalu, ale zabawa pod sceną wskazywała na to, iż byłam w tym odczuciu raczej osamotniona. Mimo, że fanką KSU nie jestem, to przykre jest, że kapela z takim stażem została wrzucona na sam początek i to właśnie jej przypadło otwarcie ostatniego dnia festiwalu.

Po koncercie konkursowym na scenie pojawiła się polsko-norweska grupa De Press, która w swojej muzyce łączy punka z ludowymi melodiami prosto spod Tatr. Tutaj również się lekko zawiodłam. Gdyby nie szlifierka oraz widok zaskoczonych min ochroniarzy, którzy z przerażeniem obserwowali poczynania Andrzeja Dziubka i wylatujące spod beczki iskry, to chyba bym zasnęła na barierce.

Paradise Lost, w przeciwieństwie do koncertu, który miał miejsce kilka lat temu na warszawskich juwenaliach, niesamowicie przynudzał, więc zamiast męczyć się pod sceną odwiedziłam stoisko z wegetariańskim żarciem i pognałam do namiotu TVP Kultura, w którym akurat wyświetlali dokument o… Paktofonice. Tak, tak, Paktofonika również znalazła swoje miejsce na rockowym festiwalu. :) Po zakończonym występie Paradise Lost poleciałam się pakować i wróciłam na ostatni numer Myslovitz, którzy pomimo zachęty ze strony konferansjerów, olali swoją publiczność i nie zechcieli wyjść na bis. No cóż…

Festiwal zamknął Oddział Zamknięty, który zagrał specjalny koncert podsumowujący ich 30 lat działalności. Podobnie, jak na akustycznych koncertach w Warszawie, na scenie znów pojawiły się bongosy i klawisze, więc wygląda na to, że instrumenty te znalazły stałe miejsce na koncertach OZ, co mnie niezwykle cieszy. Wszystko zaczęło się od pokazu sztucznych ogni i intra, które przeszło w przebojowy "Ten wasz świat". Podobnie, jak przy poprzednich jubileuszowych koncertach, również OZ wystąpił z niezwykłymi gośćmi. W utworach "Odmienić los" i "Nazajutrz" pojawili się muzycy zespołu TSA – Andrzej Nowak oraz Marek Piekarczyk. Połączenie to byłoby idealne, gdyby Piekarczyk bardziej się przygotował i nie śpiewał tekstów z kartki. Drugim gościem była Krystyna Prońko, która w duecie z Cezarym Zybałą przepięknie (!) zaśpiewała "Rzekę" oraz "Ich marzenia". W utworach "Pokusy" i "Twój każdy krok" usłyszeliśmy pierwszego wokalistę zespołu - Krzysztofa Jaryczewskiego. Po "Pokusach" musieliśmy lecieć na PKS do Warszawy, więc nie wiem czy w końcu pojawił się zapowiadany Robert "Jaka to melodia?" Janowski. Gdy szliśmy z plecakami w stronę dworca, po Węgorzewie nosiła się muzyka Oddziału Zamkniętego, a mnie było niezwykle żal, że nie mogłam do końca zobaczyć tego wyjątkowego koncertu. Świetny występ godny 30-tych urodzin. Sto lat!

Na dodatkowe wyróżnienie zasługuje konferansjerka. Panowie z Kuśka Brothers wykazali się oryginalnością, pomysłowością oraz niezwykłym poczuciem humoru, które niejednokrotnie doprowadziło mnie do łez. Karny kutas wędruje do ochrony. W niedzielę, będąc na koncercie Dropkick Murphys w warszawskiej Progresji, z podziwem i uśmiechem na twarzy patrzyłam na pracę ochrony, która traktowała publiczność jak przyjaciół zespołu i wręcz zachęcała do zabawy. Niestety w Węgorzewie fani byli traktowani jak wrogowie i zagrożenie dla muzyków, co nawet pozwolił sobie skomentować ze sceny Evan Seinfeld – lider Biohazard. No cóż, „mieszkam w Polsce”…

Do zobaczenia za rok!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz