środa, 23 września 2009

Keith Caputo - 22.09.2009 @ Warszawa, Hard Rock Cafe

Keith Caputo po zeszłorocznej mini trasie po Polsce, rozpoczął właśnie swoje kolejne tourne po naszym kraju. Ta niezwykła osobowość obdarzona wspaniałym głosem, znana przede wszystkim z zespołu Life of Agony, wystąpiła wczoraj w warszawskim Hard Rock Cafe wraz ze swoim solowym projektem. Na poprzednim występie Keith'a w Warszawie niestety nie udało mi się być i do tej pory bije się w pierś (kompletny brak promocji koncertu robi swoje), więc szybko musiałam zrekompensować sobie tę stratę.

Na zegarkach wybiła godzina 22:00, zniecierpliwienie rosło, aż w końcu Panowie przemknęli między niezbyt licznie zgromadzoną publicznością i pojawili się na scenie. Keith Caputo, przy swoich kolegach z zespołu, wyglądał jak malutki, zagubiony chłopiec, ale wrażenie to rozmyło się natychmiast po tym, jak wybrzmiały pierwsze sekundy "Honeycomb" - utwór otwierający pierwszy solowy album Keith'a. Wokal potężny, hipnotyzujący i wywołujący na skórze ciarki... Do tego ubiór Keith'a, który sprawił, że przez ten jeden wieczór czułam się, jakbym cofnęła się w czasie do wspaniałych lat 90-tych. Wytarte dżinsy, za duża czarna bluza, porozrywana koszulka Sex Pistols oraz niechlujnie uczesane włosy - istny wehikuł czasu. Podczas koncertu usłyszeliśmy zarówno materiał z solowych albumów Keith'a, jak i covery. Dwa z nich to rzecz jasna utwory z repertuaru Life of Agony ("Tangerine" i "Angry Tree"), natomiast trzeci utwór był dla mnie wielkim i bardzo miłym zaskoczeniem. "Nutshell" - jeden z najpiękniejszych utworów Alice in Chains... Legendarny utwór połączony z legendarnym wokalem Life of Agony, no trzeba przyznać, nie mogło wypaść źle. Źle nie wyszło, dobrze też niekoniecznie, bo... Wyszło cholernie dobrze! Nie wiem z jakich pobudek Keith wykonuje akurat ten utwór na żywo, ale trzeba przyznać, że robi to doskonale. Przez te kilka minut czułam, jakbym wznosiła się ponad ziemią. Łzy napływały do oczu, ciarki przeszywały całe ciało. Coś absolutnie wspaniałego. Keith bisował dwa razy, a zachwycona publiczność nie żałowała mu oklasków i prezentów (podczas koncertu jeden z fanów obdarował go płytą kompaktową, a dwie dziewczyny wręczyły "beautiful sunflower" :)). Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy...


Wyszłam z koncertu totalnie oczarowana osobą Keith'a. Jego skromność, urok osobisty, uśmiech, żywiołowość, a przede wszystkim wokal - powalają! Muzyka Keitha na albumach jest łagodna, nastrojowa, nawet te mocniejsze numery są jakoś tak mało mocne i przytłumione. Ale za to na koncercie był taaaaki czaaaad i szaleństwo na scenie, że z przyjemnością się tego słuchało, nawet jeżeli solowy repertuar Keith'a nie leży w czyimś guście. Swego czasu słyszałam wiele opinii na temat Keitha Caputo i jego solowej działalności. Były głosy, które zarzucały mu, że po odejściu z Life of Agony, złagodniał i przestał lubić ostrzejsze dźwięki. Po tym koncercie niestety nie mogę tego potwierdzić. Keith wciąż lubi dać czadu, a muzycy, którzy mu towarzyszą na scenie, dodatkowo potęgują i wydobywają moc z tego materiału. Oczywiście, było wiele spokojnych i melancholijnych utworów, podczas których Keith siadał przy klawiszach i dołączał się do reszty instrumentalistów. Swoją drogą, instrumentalistów bardzo dobrych, którzy dodali temu repertuarowi dużo od siebie, m.in. ciekawe solówki na gitarze. Widać było gołym okiem, że jako zespół są bardzo zgrani i cholernie dobrze czują sie razem na scenie. To dobrze rokuje dalszemu przebiegowi solowej drogi Keith'a Caputo.



Podsumowując, koncert rewelacja, a Keith może i jest niewielkich gabarytów, ale w moich oczach zyskał conajmniej dodatkowe 2 metry wzrostu. Ubolewam tylko nad tym, że ubrany był w bluzę z długim rękawem i nie mogłam popatrzeć na jego tatuaże. ;)


Zatem Poznaniacy i Wrocławianie! Zapraszam bardzo gorąco na koncerty pana Caputo, które w najbliższych dniach będą miały miejsce w waszych miastach. Warto! Ten człowiek jest WIELKI, a jego głos WSPANIAŁY!


PS. Jak zwykle muszę ponarzekać na frekwencję... Tłum pod sceną w Hard Rock Cafe był niewielki i niestety stan ten nie zmienił się do końca koncertu. Smutne trochę, zważywszy na to, że bilety kosztowały bagatela 35 zł. Być może brak plakatów na mieście zrobił swoje, albo też fakt, że koncert odbywał się we wtorek, w dodatku o godz. 22:00, kiedy to na drugi dzień trzeba rano zwlec się z łózka i gnać do roboty.  Ale pocieszam się tym, że warszawska publiczność nie jest aż taka zła. Łódzka okazała się jeszcze gorsza i w związku z niewielkim zainteresowaniem biletami, dzisiejszy koncert Keith'a został odwołany... Szkoda, że organizator nie zaryzykował i nie dał szansy tej garstce osób, która była zainteresowana koncertem. Jednak z drugiej strony przykre, że ludziom szkoda wydać 25 zł na koncert tak wspaniałego artysty. No chyba, że nazwisko Caputo nie jest aż tak znane i zachęcające, jak mi się wydawało. Jestem rozgoryczona...


Na pocieszenie dla tych, których zabrakło, garść obrazków od panów fotografów: Wojtka Dobrogojskiego i Rafała Nowakowskiego oraz dwa nagranka ode mnie:

3 komentarze:

  1. Nienawidzę Warszawy...
    A Łodzian nie rozumiem i się ich wstydzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic dodac nic ujac.Calidad numero uno!

    OdpowiedzUsuń
  3. co ma za tatulaz on na klatce piersiowej

    OdpowiedzUsuń