czwartek, 28 marca 2013
Kvelertak - 26.03.2013 @ Warszawa, Hydrozagadka
Kiedy we wtorkowy wieczór polska reprezentacja w piłce nożnej mierzyła siły na zamiary przeciwko drużynie z San Marino, warszawska Hydrozagadka została zdobyta szturmem przez trzy skandynawskie załogi. Nie broniliśmy się, zatańczyliśmy jak nam zagrali.
Pojawienie się na scenie otwierających wieczór Norwegów z El Doom & the Born Electric wzbudziło we mnie nie lada dysonans. Brodaci Panowie, wystylizowani na kowbojów rodem z Teksasu, brawurowo przemierzali muzyczne szlaki przetarte wcześniej przez takie rockowe tuzy, jak Rush czy Deep Purple, a na które chętnie zapuszczała się chociażby nieodżałowana Mars Volta. Lider zespołu Ole Petter Andreassen, łaknąc interakcji ze słuchaczami, sypał żartami, jak z rękawa i namawiał do zabawy. Na nic zdały się jednak jego starania – większość zgromadzonej tego dnia widowni pozostała niewzruszona. Na szczęście w dalszej części wieczoru sprawy przybrały znacznie lepszy obrót...
Truckfighters – czołowi przedstawiciele szwedzkiej stoner rockowej sceny, zagrali dość krótki, lecz treściwy i pełen nieposkromionej energii set. Na otwarcie usłyszeliśmy fantastyczną, kosmicznie rozbudowaną wersję „Desert Cruiser”. Jak się później okazało, materiał pochodzący z wydanej w 2005 r. płyty „Gravity X”, zdominował występ grupy. Nie przeszkodziło to jednak w zaprezentowaniu zupełnie nowego, rozbudzającego apetyty, utworu. Wszelkie mankamenty związane z brzmieniem, któremu niestety zabrakło lekkości i przestrzenności znanej ze studyjnych dokonań zespołu, Szwedzi nadrabiali sceniczną charyzmą. Niklas Källgren stroił miny, zachęcał do skandowania i szalonych tańców, a także wzbijał się w powietrze wywijając przy tym gitarą na wszelkie możliwe strony. Wtórował mu w tym basista i wokalista Oskar Cedermalm, chętnie użyczający osobom z pierwszych rzędów swojego czterostrunowego instrumentu. Jedynie perkusista w skupieniu wygrywał swoje partie, nie bacząc na zwariowane popisy kolegów. Po żywiołowym „In Search of (The)” przyszła pora na pożegnanie i choć niedosyt kłębił się w trzewiach, nikt nie opuścił parkietu niezadowolony. Wszak nie bez przyczyny Josh Homme za każdym razem podkreśla, że najlepszą kapelą na świecie jest właśnie Truckfighters. :)
Po błyskawicznej wymianie sprzętu na scenę dumnie wkroczył Kvelertak, wywołując tym samym prawdziwą energetyczną eksplozję. Zwariowali zarówno fani, jak i głównodowodzący Erlend Hjelvik, który nie stroniąc od bezpośredniego kontaktu z rozszalałą publiką, kilkakrotnie lądował na jej rękach. Pomimo, iż zaledwie dzień wcześniej odbyła się premiera najnowszego długogrającego krążka zatytułowanego „Meir”, proporcje w doborze utworów zostały sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy dwa wydane dotychczas albumy. I tak usłyszeliśmy zarówno singlowe „Mjød” i „Blodtørst”, dzięki którym świat poznał tych wyjątkowych muzyków pochodzących z ojczyzny black metalu, jak i wciąż pachnące od nowości „Bruane Brenn” czy „Månelyst”. Natomiast moją euforię najbardziej wzbudził napakowany przebojowością i zaraźliwymi melodiami utwór „Kvelertak”, przy którym trudno nie pokusić się o pójście w tango wraz z kompanami. Nastroje nieustającej imprezy utrzymywały się zresztą przez cały przeszło godzinny występ Norwegów, a niżej podpisaną naszła nawet ochota na wyhodowanie godziwego wąsa i wydziaranie się od stóp do głów. ;) Wskutek łączenia w swoich kompozycjach surowości i brutalności charakterystycznych dla black metalu oraz rock 'n' rollowej przebojowości z hard core'ową energią, Kvelertak ma wszelkie predyspozycje, aby za kilka lat stać się zespołem podbijającym największe światowe sceny. Miejmy nadzieję, że zanim tak się stanie, nadarzy się jeszcze niejedna okazja, by podziwiać formację w warunkach, w jakich sprawdza się najlepiej – niewielkich, wypełnionych gorącą atmosferą klubach.
-----------
Tekst ukazał się również na www.antyportal.net.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz