poniedziałek, 18 marca 2013

SWANS - 16.03.2013 @ Warszawa, Stodoła



Kiedy wydaje się, że wszystko w życiu już widziałeś i niewiele rzeczy jest w stanie Cię zaskoczyć, los kokietująco puszcza oko, by za chwilę niespodziewanie spłatać figla. W moim przypadku takim figlem okazał się sobotni koncert SWANS w warszawskiej Stodole.

Zanim sceną zawładnął charyzmatyczny Michael Gira, usłyszeliśmy krótki recital Jamiego Stewarta. Lider Xiu Xiu wystąpił przy akompaniamencie gitary akustycznej, a jego występ okazał się być zupełnym przeciwieństwem tego, co miało wydarzyć się za chwilę. Stonowane, melancholijne dźwięki, zabarwione charakterystycznym vibrato w głosie, wypełniły klub refleksyjną, przytłaczającą atmosferą. Chociaż publiczność zaskakująco ciepło przyjęła artystę, na sali dało się odczuć nerwowe napięcie wynikające z oczekiwania na główny punkt wieczoru. Sprzęt rozstawiony na scenie, w tym po dwa wzmacniacze przypadające na każdą gitarę, nie pozostawił wątpliwości, że oto za moment czeka mnie prawdopodobnie najgłośniejszy koncert, w jakim miałam przyjemność uczestniczyć. Muzyka SWANS to jednak nie tylko porażająca moc decybeli...

Kilka minut po 21:00 rozpoczęła się przeszło 2,5 godzinna podróż po muzycznej krainie, w której klasyczna definicja "piosenki" przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Długie kompozycje, rozbudowane do kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu minut, będące połączeniem post-punkowej energii i oblepiających noisowych brzmień, jednych wprowadziły w hipnotyczny tras, podczas gdy u innych wywołały nieprzyjemne uczucie dyskomfortu. Ściana dźwięku okazała się bezlitosna dla wrażliwych uszu, niezaopatrzonych w ochronne stopery - był ból, łzy, zgrzytanie zębów i uciekanie spod sceny. Jednak w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Doświadczenie muzycznego katharsis oraz mistycznej wręcz ekstazy, które nieodłącznie towarzyszą występom grupy, ciężko porównać z czymkolwiek innym. Michael Gira niczym szaman odprawiał na scenie dzikie tańce, skakał w agresywnym rytmie wybijanym przez bębny, krzyczał do mikrofonu, czy też jako nieokiełznany dyrygent instruował kolegów z zespołu, kiedy należy zintensyfikować brzmienie. Trzeba zresztą przyznać, że ilość wykorzystanych instrumentów była naprawdę imponująca. Poza podstawowym ekwipunkiem (gitary, bas, perkusja) mieliśmy okazję usłyszeć m.in. gitarę hawajską, cymbały, klarnet, puzon, wibrafon, gong, harmonijkę ustną, nawet niepozorny gwizdek znalazł swoje zastosowanie. Pomimo, iż większość zaprezentowanego materiału miało charakter bardziej improwizacyjny niż odtwórczy, każdy element doskonale znał swoje miejsce. Gdyby przyszło mi opisać w kilku słowach to, czego doświadczyliśmy podczas koncertu SWANS, bez zająknięcia powiedziałabym: istna symfonia hałasu!

-----------

Tekst ukazał się również na www.antyportal.net.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz