Kiedy wydaje się, że wszystko w życiu już widziałeś i
niewiele rzeczy jest w stanie Cię zaskoczyć, los kokietująco puszcza oko, by za
chwilę niespodziewanie spłatać figla. W moim przypadku takim figlem okazał się
sobotni koncert SWANS w warszawskiej Stodole.
Zanim sceną zawładnął charyzmatyczny Michael Gira,
usłyszeliśmy krótki recital Jamiego Stewarta. Lider Xiu Xiu wystąpił przy akompaniamencie gitary akustycznej, a jego
występ okazał się być zupełnym przeciwieństwem tego, co miało wydarzyć się za
chwilę. Stonowane, melancholijne dźwięki, zabarwione charakterystycznym vibrato
w głosie, wypełniły klub refleksyjną, przytłaczającą atmosferą. Chociaż
publiczność zaskakująco ciepło przyjęła artystę, na sali dało się odczuć
nerwowe napięcie wynikające z oczekiwania na główny punkt wieczoru. Sprzęt
rozstawiony na scenie, w tym po dwa wzmacniacze przypadające na każdą gitarę,
nie pozostawił wątpliwości, że oto za moment czeka mnie prawdopodobnie
najgłośniejszy koncert, w jakim miałam przyjemność uczestniczyć. Muzyka SWANS
to jednak nie tylko porażająca moc decybeli...
Kilka minut po
21:00 rozpoczęła się przeszło 2,5 godzinna podróż po muzycznej krainie, w
której klasyczna definicja "piosenki" przestaje mieć jakiekolwiek
znaczenie. Długie kompozycje, rozbudowane do kilkunastu, a nawet
kilkudziesięciu minut, będące połączeniem post-punkowej energii i oblepiających
noisowych brzmień, jednych wprowadziły w hipnotyczny tras, podczas gdy u innych
wywołały nieprzyjemne uczucie dyskomfortu. Ściana dźwięku okazała się
bezlitosna dla wrażliwych uszu, niezaopatrzonych w ochronne stopery - był ból,
łzy, zgrzytanie zębów i uciekanie spod sceny. Jednak w tym szaleństwie jest
jakaś metoda. Doświadczenie muzycznego katharsis oraz mistycznej wręcz ekstazy,
które nieodłącznie towarzyszą występom grupy, ciężko porównać z czymkolwiek
innym. Michael Gira niczym szaman odprawiał na scenie dzikie tańce, skakał w agresywnym
rytmie wybijanym przez bębny, krzyczał do mikrofonu, czy też jako nieokiełznany
dyrygent instruował kolegów z zespołu, kiedy należy zintensyfikować brzmienie.
Trzeba zresztą przyznać, że ilość wykorzystanych instrumentów była naprawdę
imponująca. Poza podstawowym ekwipunkiem (gitary, bas, perkusja) mieliśmy
okazję usłyszeć m.in. gitarę hawajską, cymbały, klarnet, puzon, wibrafon, gong,
harmonijkę ustną, nawet niepozorny gwizdek znalazł swoje zastosowanie. Pomimo,
iż większość zaprezentowanego materiału miało charakter bardziej improwizacyjny
niż odtwórczy, każdy element doskonale znał swoje miejsce. Gdyby przyszło mi
opisać w kilku słowach to, czego doświadczyliśmy podczas koncertu SWANS, bez
zająknięcia powiedziałabym: istna symfonia hałasu!
-----------
Tekst ukazał się również na www.antyportal.net.
-----------
Tekst ukazał się również na www.antyportal.net.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz