Obiło wam się o uszy hasło "grunge is dead"? Jasne, któż tego nie słyszał. Grunge był pewną epoką w historii muzyki rockowej, która niestety na dobre przeminęła. Większość zespołów z tego nurtu rozwiązała się z powodu śmierci ich liderów, pozostali muzycy pozakładali nowe zespoły, z którymi podbili serca kolejnych słuchaczy, a jeszcze inni od wielu lat posługują się sprawdzoną marką i wciąż są uwielbiani przez tłumy. Wydarzenia roku 2009 nie sprawią, że grunge nagle wstanie z popiołów, otrzepie się i stanie się "not dead", ale na pewno przyczynią się do tego, że wiele osób przypomni sobie wspaniałe lata 90-te, kraciaste flanele, trampki, podarte dżinsy oraz te wyjątkowe zespoły. Na rok 2009 zapowiedziano bowiem cztery niezwykłe wydarzenia: koncert Mudhoney w Warszawie, nowy album Pearl Jam oraz album i koncert w Warszawie reaktywowanego 3 lata temu Alice in Chains. Sounds great!
![]() |
Premiera "Backspacer", dziewiątego studyjnego albumu Pearl Jam, miała miejsce 21ego września. Wielu wyczekiwało tego dnia z niecierpliwością i odhaczało mijające dni, które przybliżały ich do premiery. Ekipa Veddera zawsze była mi bliska, ich muzyka towarzyszy mi przez ponad połowę życia, ale mimo to moje zainteresowanie tym wydawnictwem nie było zbyt wielkie. Wynika to głównie z tego, że ostatnie dwie płyty Pearl Jam nie były zbyt udane i nie trafiły w mój gust. Zdawałam sobie sprawę, że na drugie "Ten", "Vs." czy "Vitalogy" nie mamy już co liczyć, dlatego premierowym utworom nie stawiałam żadnych oczekiwań i tym samym nie zawiodłam się ani trochę. Co prawda "Backspacer" nie jest płytą, która wybija się na tle poprzednich albumów zespołu, ale jej dużą zaletą jest melodyjność i prostota dźwięków, dzięki którym muzyka szybko wpada w ucho. Niestety równie szybko z niego wypada, ale to już kwestia indywidualna. Najbardziej zaskakujące i niespodziewane dla mnie jest zamieszczenie na albumie utworów "Just Breathe" i "The End", które nie tylko nużą i sprawiają, że człowiek chce, by się jak najszybciej skończyły, ale przede wszystkim idealnie pasują do solowych wyczynów Eddiego z "Into the Wild". A skoro pan Vedder ma ciągoty do tak bezpłciowych kompozycji, to może powinien pomyśleć nad wydaniem drugiego solowego albumu, a na album Pearl Jam wrzucić kilka ciekawych odrzutów z sesji nagraniowej (bo jak wszyscy wiemy wiele odrzutów z poprzednich płyt okazało się być jednymi z najlepszych utworów Pearl Jam w całej dyskografii :))? Długość płyty zadziwia - tylko 36 minut, ale jeszcze bardziej dziwi znikoma ilość solówek McCready'ego. A przecież Eddie w wielu wywiadach zapowiadał i wręcz zachwalał Mike'a, który to podobno nagrał najlepsze solówki w historii Pearl Jam. No cóż... Być może był to tylko przewrotny żart z jego strony, bądź też wszystkie te wspaniałe solówki znalazły się na materiale, który niestety na płycie się nie znalazł. Poza akustycznymi kompozycjami i singlowym "The jejejeje Fixer", który pomimo moich niekontrolowanych napadów śmiechu, okazuje się być jednym z najciekawszych numerów na płycie i na tle całości robi jednak dobre wrażenie, mamy kilka perełek, dla których warto sięgnąć po ten album. "Amongst The Waves" i "Unthought Known" to dwie przepiękne kompozycje najbardziej zbliżone do "starego", dobrego Pearl Jam. Jednak to nie one są najmocniejszym punktem "Backspacer". Moim faworytem jest "Force Of Nature", który wyróżnia się na tle reszty. Większość premierowych utworów przemknęła przeze mnie zupełnie niezauważona gdzieś tam w tle codziennych czynności. Na szczęście znalazło się kilka utworów, do których z przyjemnością będę wracać. Szkoda, że pozostała część płyty nie stoi na takim poziomie i zamiast wzbudzać zainteresowanie, nudzi i szybko wylatuje z pamięci. Potencjał jest. Szkoda, że nie do końca wykorzystany, bo mógł z tego wyjść całkiem niezły album.
Ten rok z pewnością nie będzie należał do Pearl Jam... Ten rok jest rokiem należącym do innego "dinozaura" grunge'u, który 29 września wydaje następcę "Tripoda" z 1995 roku. Przez ostatnie 3 lata na forach internetowych trwały burzliwe dyskusje na temat reaktywacji Alice in Chains... Zespołu, którego wizytówką był Layne Staley - wokalista o niezwykle emocjonalnym, przygnębiającym głosie, uważanym przez wielu za najlepszy wokal sceny Seattle. Dlatego do tej pory tak trudno jest się pogodzić ze śmiercią kogoś tak uzdolnionego i charyzmatycznego. Cztery lata po tragicznej śmierci Layne'a zespół postanowił się reaktywować. Do zespołu przyjęto czarnoskórego wokalistę - William'a DuVall'a oraz zapowiedziano trasę koncertową, która zahaczyła również o Polskę (Spodek, Katowice). Jedni fani z ciekawością obserwowali postępy "nowego" wcielenia zespołu, podczas gdy drudzy stanowczo potępiali Jerry'ego Cantrell'a, zarzucali mu łapczywość na kasę oraz nie dopuszczali do siebie myśli, że Alice in Chains może mieć nie tylko zupełnie nowego wokalistę, ale w dodatku planować wydanie z nim nowego albumu. Moja postawa była z początku neutralna, lecz z czasem zaczęła ewoluować. Stałam się przychylna i bardzo ciekawa tego, co Panowie z Alice in Chians zaprezentują. Słuchałam bootlegu z Katowic, oglądałam klipy z różnych występów z DuVallem i coraz bardziej mi się podobało to "nowe" wcielenie. Apogeum nastąpiło w dniu premiery pierwszego singla i klipu... "A Looking In View" było mocarnym kopem w ryj, którego się nie spodziewałam. Potem przyszła kolej na "Check My Brain" i moje oczekiwania sięgnęły sufitu. Od wczoraj na oficjalnej stronie zespołu można posłuchać w całości nowego albumu. Albumu, który przesłuchałam już kilkanaście razy i wciąż nie mogę się pozbierać. Pomimo wielu głosów niezadowolenia i zniesmaczenia, wierzyłam w nich, wierzyłam w reaktywację z nowym wokalem i w nowy album, jednak takich smakowitych dźwięków się nie spodziewałam. "Black Gives Way To Blue" to nie jest wesołe plumkanie podstarzałych rockmenów, jakie zaserwował nam Pearl Jam, to mroczna płyta z ciekawymi lirykami i podobnie, jak "Dirt", momentami brzmiąca jak stuningowany Black Sabbath. Jaram się nieprzerwanie od kilku dni i wiem, że ten stan potrwa jeszcze długo. Trochę sprawdziły się moje przypuszczenia dotyczące zepchnięcia wokalu DuVall'a na dalszy plan i wymieszania go z wokalem Cantrell'a. Na płycie bowiem samego DuVall'a słychać bardzo mało, ale może to właśnie dzięki temu tak dobrze słucha się tej płyty i od pierwszych dźwięków wiadomo, że jest to nie kto inny, jak właśnie Alice in Chains. Panie i panowie, mamy PŁYTĘ ROKU (+ dodatkowo płytę, której brzmienie jest najlepszym, jakie słyszałam od kilku ładnych lat!). Płytę, dzięki której Alice in Chains udowodnili, że mają jeszcze wiele do powiedzenia! Każdy z fanów Alicji, znajdzie tu coś dla siebie. Na albumie mamy bowiem takie utwory, jak "Private Hell", które od razu nasuwają skojarzenia z tamtą Alicją, oraz piękne i nastrojowe ballady, jak "When The Sun Rose Again" i "Black Gives Way To Blue". Jeszcze nie udało mi się doszukać słabych punktów tego wydawnictwa. Oczywiście można na siłę wbijać sobie do głowy, że "bez Staley'a to już nie to samo", ale po co? Muzyka się broni, wokale się bronią, więc nie ma sensu rzucać tak bezpodstawnymi pseudo argumentami. Layne Staley to dla mnie najmocarniejszy głos sceny Seattle. I w tej kwestii nigdy nic się nie zmieni, ale nie jestem ortodoksyjnym fanem, potrafię dać szansę komuś, kto zasiądzie za mikrofonem, na miejscu, które kiedyś zajmował ktoś inny. Jest wiele "odświeżonych" zespołów, na których pomimo danej szansy, bardzo się zawiodłam i rozczarowałam. Alice in Chains należy do tych, którzy nie dość, że nie zawiedli, to jeszcze mnie zaskoczyli i na nowo oczarowali. Brawo! Ukłony będę bić do samej ziemi na koncercie w Stodole. I pewnie nie raz uronię łzę...
Wychowywałam się w latach 90-tych - najlepszym okresie dla muzyki, w którym królował grunge. Media sprytnie wypromowały Nirvanę (nota bene najsłabsze według mnie ogniwo grunge'owej sceny) i tym samym przyczyniły się do wzrostu popularności kapel z Seattle. Wdzięczność ma dozgonna. :) Jedni mówią, że to muzyka buntu, dla mnie to przede wszystkim muzyka emocji, wyładowywania gniewu, złości i innych nieprzyjemnych stanów emocjonalnych oraz godzenia się z nieuniknioną śmiercią. Grunge był najbardziej szczerym przekazem ludzkich uczuć, które na pewnym etapie życia dopadają każdego z nas. Nigdy już nie będzie takich zespołów, takich tekstów, takich melodii i takich wokalistów... Wokalistów, którzy porywali tłumy i mimo, że kilku z nich już nie żyje, na zawsze zostaną w pamięci i sercach fanów. Właśnie dzięki tej szczerości i emocjach, jakimi się z nimi dzielili poprzez muzykę...
Grunge jest martwy i już się nie odrodzi... Ale dopóki takie kapele, jak Alice in Chains, Pearl Jam i Mudhoney będą aktywnie tworzyć, dopóty pamięć o grunge'u nie zaginie. Grunge is dead, ale w pamięci fanów wciąż tętni życiem i ma się bardzo dobrze. Jestem tego najlepszym przykładem. :)
Krzysiu, czekamy na kontratak ze strony Soundgarden!


ooOOooOOoo $zaLEjE$z kOChaNiUTkA ;P, NiEZŁy KrEjZoLeK Z CIebIe :P:P:P, MilU$Io tU u CIebIe tYjkO DoDAj jE$cE OdJobINkE dŻudŻowEGo koLoJKu #&#@ i bęDZiE $ŁoDziU$iO :P:P:P, KoffaM i LoffCiAm CIe bAjDzIO baJDziO MocNO...pjO$tO W U$tECka mUUAaaAh :*:*:*:*:*
OdpowiedzUsuńOcH Ty KrEjZolU, bOoSsiAcZkI ;*
OdpowiedzUsuńTo ciekawe, jak subiektywną rzeczą jest muzyka, bo osobiście odebrałem "Backspacer" nieco inaczej. Dla mnie to właśnie "Just Breathe" i "The End" są mocnymi punktami płyty, obok "Amongst The Waves" i "Got Some". Do tego dołóżmy to, że mi o wiele, wiele bardziej podeszła płyta "Pearl Jam", jako zdecydowanie w większym stopniu... grunge'owa! Dziewiąty album zaliczam do słabszych dokonań grupy i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego w większości prasy muzycznej ten album otrzymuje najwyższe noty. I jeszcze skandaliczna długość płyty...
OdpowiedzUsuńAlice in Chains nie przetrwałem całej, wydała mi się po prostu nudna, ale wydaje mi się, ze to kwestia "pory" na AIC, bo ociężałe i przytłaczające kompozycje najlepiej trafiają w momenty jesiennej melancholii. Na pewno wrócę do tego albumu i jak nie zapomnę, to też coś napiszę. Tymczasem cały czas pozostaję przy magicznym MTV Unplugged.
Pozdrówki!