Trzymam w ręku "Hurra!", przeglądam książeczkę i tak sobie myślę, że jest to dotychczas najlepiej wydany album Kultu. Era szybko niszczących się digi packów i zwykłych, łamiących się plastikowych opakowań, chyba powoli odchodzi w niepamięć. I dobrze! "Hurra!" wydana została w wygodnym i stosunkowo wytrzymałym super jewel case, w którym poza krążkiem znajdziemy grubą książeczkę. Tym razem zamiast tekstów zamieszczono w niej portretowe fotografie muzyków, dokładny spis autorów poszczególnych kawałków oraz bardzo miłe podziękowania dla Krzysztofa "Banana" Banasika, który na początku ubiegłego roku zakończył działalność z zespołem Kult.
Płytę otwiera utwór "Maria ma syna", który w tej roli sprawdza się doskonale i pokrótce daje obraz tego, czego możemy się spodziewać po kolejnych kompozycjach. Bardzo dobry tekst, traktujący o dobrej nowinie, o tej właśnie Marii i tym właśnie synu. Muzycznie dzieje się dużo, szczególnie wśród sekcji dętej, która po odejściu Banana nabrała zupełnie nowego wymiaru. "Maria ma syna" na pewno świetnie się sprawdzi w wersji live. Dalej mamy "Amnezję" z najciekawszą według mnie warstwą liryczną na "Hurra!" mówiącą o zbiorowej "historycznej amnezji", na którą cierpi coraz więcej Polaków. Dużo punkowej energii, dużo klawiszy i dęciaków, ale warstwa muzyczna wieje trochę nudą. To wszystko już było, a ja powtórek nie lubię. Trzeci numer - "Idiota stąd" to jeden z najsłabszych elementów albumu. Tekst jest jasny: konsumpcjonizm pożera nas wszystkich, żądza i potrzeba posiadania wysuwają się na pierwszy plan, stając się głównym życiowym celem niszcząc przy tym inne istotne i ważne życiowe wartości, ale ten "kutas na prąd" bardzo razi i nie pasuje zupełnie do całości. Jednak jestem pewna, że "Idiota stąd" stanie się prawdziwą koncertową bombą, którą będą śpiewać tłumy. Po tym, jak Krzysztof Banasik na dobre pożegnał się z Kultem i porzucił przygotowywanie nowego materiału, reszta zespołu była zmuszona porzucić nowe utwory nagrane z jego waltornią, dlatego na premierowym materiale nie mogło zabraknąć odniesień do osoby Banana. O tych właśnie wydarzeniach opowiada utwór "Nowe tempa", w tekście którego słychać wiele żalu do byłego waltornisty. Ogólne wrażenie bardzo dobre i gdyby nie zakończenie utworu ("Ja bez ręki do łazienki nie wejdę"? Hę?), to na pewno uznałabym go za najlepszy na płycie, niestety tytuł ten przypadnie innej kompozycji. Numer pięć to wesoła singlowa "Marysia" z bardzo żartobliwym i przewrotnym tekstem inspirowanym filmem Stanisława Barei "Poszukiwany, poszukiwana". Tekst i melodia szybko wpadają w ucho, więc singiel idealny. Kolejny punkt to "Nie mamy szans", który zdaje się być następcą "Tana". Niestety skojarzenia te związane są wyłącznie z poruszaną tematyką, albowiem utwór ten "nie ma żadnych szans" na postawienie go obok tak wspanialej kompozycji, jaką jest "Tan". Ogólnie nic ciekawego - wokalnie, muzycznie, tekstowo. Absolutnie nic. Na szczęście kolejny numer sprawia, że wszystkie dotychczasowe niedociągnięcia i nieciekawe momenty płyty, odchodzą w niepamięć. Nadszedł najjaśniejszy punkt "Hurra!"! "Kiedy ucichną działa już" znany jest "aktywnym kulciarzom", ponieważ zespół kilka razy prezentował go na żywo. Spokojny, z doskonałym tekstem, wokalem i sekcją dętą. Kwintesencja Kultu! Żądam więcej takich numerów! :) Drugą część płyty, otwiera "My chcemy trzymać w garści świat". I znów pojawia się uczucie deja vu... Jest energicznie, jest wesoło, jest fajnie, ale Panowie! Hola! Ja to już gdzieś słyszałam... Może w "Maciek, ja tylko żartowałem"? Miłość miewa różne oblicza i o tym mówi kolejny utwór zatytułowany "Skazani". Tutaj już nic nie zgrzyta, nic nie razi, wszystko jest takie, jak być powinno. Podobnie ma się sprawa z "Jutro wszystko zmieni się", który zdaje się być jednym z najbardziej interesujących instrumentalnie punktów płyty. "To nie jest dom moich snów", owszem, a to nie jest utwór moich snów, ale jako że "piosenka ma służyć do grania", więc ziewającą paszczę zamykam i lecę dalej, gdzie mamy prawdziwą perełkę. Kwestia molestowania seksualnego przez osoby duchowne wciąż jest tematem tabu, ale na szczęście są artyści, którzy nie boją się publicznie o tym mówić i efektem tego jest właśnie "Podejdź tu proszę". Bardzo dobry pod każdym względem. Kolejny przystanek - "Chodźcie chłopaki" to przede wszystkim utwór ze świetnymi partiami sekcji dętej, bo na pozostałych płaszczyznach dzieje się niewiele ciekawego. "Pora na telesfora, pora spać" - zdecydowanie, więc zanim padnę z nudów słuchając tej kompozycji, przeskoczę do "Karingi", w której zarówno klawisze, jak i dęciaki powaliły mnie na kolana. Niestety jak na tak wyborną warstwę muzyczną, tekst jest mało porywający (i do tego jeszcze ten potworek "szłem"). Znakomitym zwieńczeniem płyty jest utwór "Gigantyczna koncentracja" z dość osobistym tekstem Kazika.
"Hurra!" może nie jest płytą, którą postawiłabym obok klasycznych dzieł Kultu, ale na pewno dużo lepiej mi się jej słucha niż "Poligono Industrial" i "Salonu Recreativo". Dawna forma Kultu już nie wróci, ale myślę, że o przyszłość i "płodność" zespołu możemy być spokojni. Bardzo podoba mi się różnorodność liryczna i instrumentalna, aczkolwiek nie jest to do końca zaletą, ponieważ przez to album sprawia wrażenie nierównego. Z jednej strony mamy kompozycje z prawdziwym, szczerym punkowym zadziorem, a za chwilę przeskakujemy do spokojnego utworu do pobujania. Tekstowo tez jest różnie - raz bardzo dobrze, a za chwilę bardzo źle. Takie wahadełko. Największym plusem nowego wydawnictwa Kultu jest ogromny udział sekcji dętej i klawiszy, dzięki którym brak waltorni nie jest w ogóle odczuwalny. Wspaniałe, miłe dla ucha dęciaki, których nigdy nie mam dość. Myślę, że to głownie dzięki nim płyta nie nuży i nie odczuwa się pragnienia wyjęcia jej z odtwarzacza. Jak dla mnie mocne 7/10.
Czy warto było tyle czekać? Na to pytanie odpowiem jednoznacznym, gromkim "huuurrraaaa!". :) Kult na nowe wyżyny się już nie wzniesie, nowych muzycznych terenów nie odkryje, ale tym krążkiem udowadnia, że wciąż ma coś do powiedzenia na polskiej scenie rockowej. A zresztą, jaka by ta płyta nie była, zespół ma już tak wyrobioną reputację i ogromny kredyt zaufania, że nie ma znaczenia jak będą wyglądać kolejne albumy. Fani w dniu premiery i tak pognają do sklepów, nawet jeżeli Kazik zapowiedziałby album w konwencji disco polo, a potem tłumnie będą zapełniać sale koncertowe. Kult to sprawdzona marka, na której z pewnością wychowa się jeszcze wiele pokoleń młodych Polaków.
Kultowi gratuluję i z niecierpliwością wyczekuję Pomarańczowej!
5 listopada, Stodoła!
Ahoj!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz