
Leniwy niedzielny wieczór upłynął pod znakiem rocka progresywnego, którego fani bardzo licznie zjawili się w warszawskiej Progresji. Powodem tego był koncert zamykający polską część trasy promującej album „Anno Domini High Definition” zespołu Riverside.
Koncert otworzył Iluzjon - zespół doskonale znany tej części warszawskiej publiczności, która uważnie śledzi scenę progresywną. Ich poprzedni koncert w Progresji mnie nie porwał, dlatego też nie miałam zbyt dużych oczekiwań co do tego występu. Po raz pierwszy tego wieczoru mile się zaskoczyłam, zarówno bardzo dobrym nagłośnieniem (a z tym ostatnio w warszawskich klubach jest coraz gorzej), jak i występem zespołu. Dostaliśmy bardzo przekrojowy set składający się z reprezentantów wszystkich trzech płyt, dzięki czemu osoby zupełnie nieznające twórczości Iluzjonu mogły się w niej mniej więcej rozeznać. Dodatkowym zaskoczeniem było pojawienie się na gitarze… kobiety. Katarzyna Makowska jest w zespole od wiosny tego roku i prawdopodobnie był to jeden z pierwszych koncertów z jej udziałem. Gitarzystka spisała się doskonale, a dźwięki wydobywające się z jej instrumentu wybijały się na pierwszy plan, pieszcząc uszy zachwyconych słuchaczy. Można jej zarzucić, że się izolowała od reszty zespołu i nie wykazywała ekspresji podczas gry, ale technicznie radziła sobie bardzo dobrze, reszta przyjdzie z czasem wraz z obyciem scenicznym. Bardzo przyjemnie się tego słuchało, ale w kolejce czekał drugi support i trzeba było ustąpić mu miejsca na scenie.
Disperse, bo o nich mowa, to stosunkowo młody zespół, który podczas trasy z Riverside zbierał bardzo przychylne opinie, dlatego spodziewałam się wielkiego „wow”. Na scenie pojawiła się czwórka młodych mężczyzn, która na kilkadziesiąt minut przeniosła nas w świat technicznego prog metalu silnie inspirowanego Dream Theater. Dla mnie to bardziej wada niż zaleta, ale po reakcji publiczności widać było, że się podobało. Pomimo młodego wieku, kunszt techniczny chłopaków z Disperse jest oszałamiający. Dużo gorzej jest natomiast z samymi kompozycjami, które są rozbudowane do maksimum i oplecione dużą dawką solówek, co po dłuższym słuchaniu zaczyna nużyć, a nawet męczyć. Aczkolwiek jak na zespół z tak krótkim stażem, zaprezentowali się naprawdę nieźle. Szkoda, że oryginalności nie ma w nich żadnej, ale mam nadzieję, że z biegiem czasu nabiorą własnego stylu, a wokalista-klawiszowiec poduczy się trochę angielskiego, bo jak na razie uszy bolą. Debiutancki album ma się pojawić w grudniu, będę zatem wypatrywać i czekać na to „wow”…
Disperse, bo o nich mowa, to stosunkowo młody zespół, który podczas trasy z Riverside zbierał bardzo przychylne opinie, dlatego spodziewałam się wielkiego „wow”. Na scenie pojawiła się czwórka młodych mężczyzn, która na kilkadziesiąt minut przeniosła nas w świat technicznego prog metalu silnie inspirowanego Dream Theater. Dla mnie to bardziej wada niż zaleta, ale po reakcji publiczności widać było, że się podobało. Pomimo młodego wieku, kunszt techniczny chłopaków z Disperse jest oszałamiający. Dużo gorzej jest natomiast z samymi kompozycjami, które są rozbudowane do maksimum i oplecione dużą dawką solówek, co po dłuższym słuchaniu zaczyna nużyć, a nawet męczyć. Aczkolwiek jak na zespół z tak krótkim stażem, zaprezentowali się naprawdę nieźle. Szkoda, że oryginalności nie ma w nich żadnej, ale mam nadzieję, że z biegiem czasu nabiorą własnego stylu, a wokalista-klawiszowiec poduczy się trochę angielskiego, bo jak na razie uszy bolą. Debiutancki album ma się pojawić w grudniu, będę zatem wypatrywać i czekać na to „wow”…
Riverside to nasz trzeci produkt eksportowy zaraz po zespołach Behemoth i Vader, dzięki któremu można powiedzieć, że polska (notabene wspaniała!) scena prog rockowa zawdzięcza pewien rodzaj rozgłosu nie tylko na świecie, ale przede wszystkim w naszym kraju. W czerwcu miała miejsce premiera ich czwartego długogrającego albumu zatytułowanego „Anno Domini High Definition”, który na tej trasie odgrywany jest w całości. Jednak zanim nastąpiła prezentacja nowego materiału, mięliśmy okazję posłuchać utworów dawno niegranych i trochę zapomnianych przez zespół (jak np. przepiękne "Stuck Between" i "In Two Minds") w całkiem nowych aranżacjach. Dla starych fanów posunięcie doskonałe, w końcu ile można słuchać "02 Panic Room", "Out of Myself", "Loose Heart" i innych ogranych już kompozycji. Gdy zabrzmiały ostatnie dźwięki akustycznego "In Two Minds", na scenie zabłysnęły czerwone światła, a po całym klubie rozbrzmiały słowa "It's just another day of my life!" i tak oto zaczęła się właściwa część wieczoru, na którą wszyscy czekali... Nowe utwory w wykonaniu koncertowym to czysta magia i klimat, smakowicie doprawione takimi dodatkami, jak scenicznedekoracje , nastrojowe światła i dęciaki w "Egoist Hedonist", które na warszawskim koncercie po raz pierwszy zagrane zostały na żywo. "Anno Domini High Definition" to niewątpliwie jedna z najciekawszych płyt tego roku, dlatego mam nadzieję, że w przyszłości większa część z tego materiału na stałe zagości w secie i jeszcze niejednokrotnie będziemy mogli się nim delektować w wykonaniu koncertowym. Po części „premierowej” nastąpiła krótka przerwa, po której na scenie pojawiła się bliżej niezidentyfikowana gromadka cieni. Rozległy się brawa, z głośników zabrzmiało „Conceiving You”, jednak po zapaleniu świateł okazało się, że na scenie znajdują się techniczni zespołu, którzy zasiedli za instrumentami, w zabawny sposób parodiując Riverside. Michał Łapaj i Piotr Grudziński najwyraźniej pozazdrościli kolegom brawurowego występu i bisowy utwór zagrali w przebraniach. Grudzień przyodział patrolówkę i gęstą brodę, stylizując się na Fidela Castro, natomiast Łapaj sparodiował kolegę po fachu - Jon’a Lord’a, występując w sztucznych wąsach i okularach przeciwsłonecznych, które biły po oczach swoimi różowymi oprawkami. Zabawny widok, którego najwyraźniej nawet sam Mariusz się nie spodziewał. Z Progresji wyszliśmy niemal na kolanach ze szczękami zwisającymi przy samej ziemi. :)
Na zespół Riverside składa się czwórka czarodziejów, która na kilkadziesiąt minut potrafi zawładnąć wszystkimi zmysłami człowieka i wprawić w trans, z którego nie tyle, że się nie może, ale zwyczajnie nie chce się wychodzić. Poziom światowy osiągnęli już dawno i od tamtej pory grają równe koncerty, jednak za każdym razem zaskakując mnie i urzekając czymś nowym. To był niesamowity wieczór, aż żal pomyśleć, że na następne występy Riverside będziemy musieli poczekać aż do przyszłego roku…
Set lista:
1. 02 Panic Room
2. Second Life Syndrome / Schizophrenic Prayer3. The Same River
4. In Two Minds / The Time I Was Daydreaming (akustycznie)
5. Hyperactive
6. Driven to Destruction
7. Egoist Hedonist (z "żywą" sekcją dętą)
8. Left Out
9. Hybrid Times
---------------------------
10. Conceiving You (z playbacku :))
11. Stuck Between
12. Reality Dream II / Reality Dream III
---------------------------
13. Rapid Eye Movement
W Łodzi grali z Tides from nebula i nie poszedłem. Nie mogę sobie darować. Moja wątroba została stosownie ukarana :]
OdpowiedzUsuńNie dość, że z Tajdsami, to jeszcze z Division By Zero. Oj, zjebałeś, Kosa. ;)
OdpowiedzUsuń