środa, 11 listopada 2009

KULT – 05.11.2009 @ Warszawa, Stodoła

Pomarańczowa trasa Kultu, odbywająca się co roku na jesieni, od wielu już lat jest stałym punktem w moim koncertowym harmonogramie. Tym razem zespół postanowił zagrać w Warszawie nie dwa, a trzy koncerty, co spowodowane było większym niż zwykle zainteresowaniem biletami. Wiadomo, nie codziennie Kult wydaje nowy album, a jeżeli do tego dodamy nieświadomą, a zarazem bardzo skuteczną promocję we wszystkich możliwych mediach, wrzawy na forach internetowych oraz bycie na ustach wielu słuchaczy, nie tylko tych KULTowych, to sukces trasy murowany.

Koncert otworzyła awangardowo-prześmiewcza grupa Zacier, którego frontman tradycyjnie odziany był w dziwny kapelusz, stanowiący połączenie garnka z czajnikiem. Niedawno ukazała się nowa płyta zespołu zatytułowana "Masakra na Wałbrzyskiej", ale jak się okazało koncert ten w dużej mierze składał się nie z utworów premierowych, a ze starych kawałków, doskonale znanych osobom obracających się w Kazikowych kręgach. I tak, obok "Podpasek" i przebojowego "Kebabu w cienkim cieście", usłyszeliśmy m.in. takie hiciory, jak: "Śmierć zakonnicy", "Pieśń o rzodkiewkach", "Tango z łechtaczką w zębach" oraz "Odpad atomowy" – najbardziej znaną kompozycję Zaciera, a co za tym idzie najlepiej przyjęty utwór podczas tej części wieczoru. Nie zabrakło również coverów, które porwały publiczność i zauroczyły swoim satyrycznym charakterem. O ile "The Power of Love" Jennifer Rush został odegrany w sposób dość uroczysty i podniosły, tak "Szewc ciemności" (przeróbka "Zegarmistrza światła" z repertuaru Tadeusza Woźniaka) rozbawił do łez, jeszcze niezbyt licznie zgromadzoną pod sceną, publiczność. Czas gonił, słuchacze zachwyceni i rozbawieni domagali się więcej, ale niestety "Wieteska nie pozwolił" i po tym porywającym 45-minutowym występie, trzeba było się pożegnać. Bardzo dobry występ, po którym Zacier na pewno zyska sobie nowe rzesze fanów.

Kult rozpoczął triumfalnie "Wspaniałą nowiną", przechodząc w utwór otwierający najnowszy album – "Maria ma syna". Dobre brzmienie, skocznie, wesoło, ale coś zgrzyta… Kazik śpiewa z kartki, plącze mu się język i trudno zrozumieć wyśpiewywane słowa. Niestety w dalszej części koncertu ten stan rzeczy niewiele się poprawił, dlatego ze Stodoły wyszłam lekko zażenowana. Zmęczenie trasą? Alkohol uderzył do głowy? Kondycja już nie ta? A może wszystko na raz? Na szczęście pozostała część zespołu dała z siebie wszystko, w szczególności sekcja dęta, która po odejściu Banana, wprowadziła wiele świeżości do zespołu i sprawiła, że nogi jeszcze bardziej rwą się do tańca. Trudno mi jedynie zrozumieć decyzję o zepchnięciu ich na sam tył sceny, ale z drugiej strony oznacza to, że częściej będziemy mogli oglądać podczas gry Tomka Goehsa, który jest jednym z najlepszych perkusistów w Polsce, co udowodnił też tego wieczoru, grając mocarną solówkę w "Angelo Jacopucci". Kult zawsze miał u mnie dużego plusa za to, że często wymienia utwory w set liście, dzięki czemu chodząc kilka razy do roku na koncerty, słuchacz nie odczuwa monotonii i zmęczenia. Niestety tym razem, poza niegranym od dłuższego czasu "Komu bije dzwon", usłyszeliśmy doskonale już znany i osłuchany zestaw utworów. Oczywiście koncert zdominowany został przez materiał z "Hurra!", który w wersji live zaprezentował się bardzo przyzwoicie, w szczególności "Kiedy ucichną działa już" i "Karinga". Jednak dla mnie osobiście najprzyjemniejszą częścią koncertu było przepiękne wykonanie "Wróci wiosna, baronowo", "Czarne słońca" oraz zawsze wyczekiwane, przywołujące wiele miłych wspomnień "6 lat później".

Można się czepiać, że Kazik nie jest w swojej życiowej formie, że set lista słaba, że wykonanie nie te, że bez waltorni to już nie ten Kult, ale faktem jest, że nie ma w Polsce drugiego zespołu , który grając w jednym mieście trzy koncerty w tygodniu potrafi wszystkie je wyprzedać. Co prawda moje zaufanie do Kazika zostało nadszarpnięte i od tej pory zacznę spoglądać na niego bardziej krytycznym okiem, ale nie oznacza to, że przestanę chodzić na jego koncerty. Kult to wypracowana marka, która daje gwarancję jakości. Tym razem nie wszystko wyglądało tak, jak wyglądać powinno, ale wierzę, że był to jedynie wypadek przy pracy i za rok będziemy mogli oglądać już ten Kult, który przyzwyczaił nas do w pełni profesjonalnych koncertów.

1 komentarz:

  1. Tam z KULTEM. Jak ma Kaźmirz dłubać i w trasy jeździć to niech KAENŻETA bierze, bo tam szaleje Litza :D

    OdpowiedzUsuń