niedziela, 4 lipca 2010

Heineken Open'er Festival 2010

Bałam się tego dnia bardzo. Nie tylko dlatego, że niezbyt przepadam za tego typu masówkami, ale przede wszystkim z powodu przeróżnych opowieści, jakie krążą na temat publiczności gromadzącej się Open'erze. Jednak Pearl Jam nie jest zespołem, którego koncert w Polsce mogłabym sobie odpuścić z tak błahego powodu, więc zacisnęłam mocno zęby i postanowiłam wybrać się na ten jeden dzień, by poznać w końcu (podobno) najlepszy festiwal w naszym kraju. I powiem wam, że było warto.

Miałam w planach zobaczyć tylko koncerty na głównej scenie, i tak też się stało. Zresztą z tego, co przeglądałam lineup na ten dzień, nie miałam po co zapuszczać się w głąb lotniska (nie licząc występu Tricky'ego, ale ten niestety pokrywał się z PJ). Gdybym chciała jednak wybrać się na całego Open'era, musiałabym kilkakrotnie dokonywać trudnego wyboru między koncertami (np. między Archive a The Dead Weather), co jest bezsensem totalnym. Bardzo mi się podoba różnorodność, jaką oferują nam organizatorzy, ale jednak siedem scen, gdzie na kilku z nich dzieje się wiele ciekawych rzeczy w tym samym czasie, do najlepszych pomysłów moim zdaniem raczej nie należy. Rewelacyjny z początku pomysł z wymienianiem pieniędzy na kupony/karty płatnicze stał się po chwili beznadziejnym kamuflażem dla wysokich cen produktów. Mimo to organizacja Open'era zrobiła na mnie duże wrażenie. Niestety nie mogą tego samego powiedzieć osoby, które na Babich Dołach, znalazły się dopiero pod wieczór i były zmuszone stać w dłuuuugich kolejkach do wymiany biletów na opaski, których zresztą ostatecznie zabrakło. Czyżby organizator nie był przygotowany na tak dużą ilość osób wybierających się jedynie na Pearl Jam?

Łąki Łan - otwierający koncertowy dzień na głównej scenie. Wspaniale rozbujali publiczność i wywołali mnóstwo uśmiechu na wielu twarzach ("Co kic, to kloc" ;]). Są cudownie pokręceni, radośni i zarażający pozytywnymi wibracjami. Wrzucenie ich na główną scenę było strzałem w dziesiątkę! A i ja cieszyłam się, że mogę miło spędzić czas w ich towarzystwie podczas oczekiwania na dwa dania główne, zamiast męczyć się przy muzyce, która totalnie do mnie nie trafia. Szkoda, że zgromadzona pod barierką fanówa PJ nie miała ochoty się bujać, podrygiwać, a nawet uśmiechnąć pod nosem ze scenicznych wyczynów Robali. Nuuudziaaarze. ;)

Ben Harper wraz z zespołem również wypadli baaaardzo pozytywnie. Liczyłam na cudne "Indifference" wykonywane często w duecie z Vedderem, ale tym razem wybór padł na równie wspaniałe wykonane "Under Pressure"! Eddie to wokalna bestia, a ja umarłam po raz pierwszy tego wieczoru, mając go w całej okazałości niespełna 7 metrów przed sobą! Cigaret Raz było bluesowo, raz spokojnie i melancholijnie, a innym razem ostro, hard rockowo, Led Zeppelinowo ("Heartbreaker"!!!), a nawet Hendrixowo ("Red House"). Każda odsłona Bena bardzo mi się podobała. Publiczność przyjęła zespół wzorowo, co wywołało duże zaskoczenie na twarzach muzyków. Dlatego nie ma opcji, żeby po takim przyjęciu, do nas więcej nie zawitali!

Na uwieńczenie tego wspaniałego wieczoru pozostał jeszcze Pearl Jam. Pod barierkami coraz gęściej, goręcej, a współczynnik chamstwa na metr kwadratowy przekroczył wszelkie normy. Dlatego po trzech numerach musiałam odpuścić walkę o barierkę i przesunąć się kilka kroków do tyłu, żeby nie zostać stratowaną i nie musieć oglądać koncertu z wnętrza karetki. Mimo, że przestraszony Vedder kilkakrotnie nawoływał do spokojnej, bezpiecznej zabawy, to niestety mało kto wziął sobie jego słowa do serca. Kilka dziewczyn wyniesiono, kilku kolesi miało ochotę użyć wobec siebie pięści, a reszta bezsensownie (w dużej mierze przypadkowa publiczność) napierała na ludzi pod barierkami, ale na szczęście historia z osławionego występu PJ w Roskilde się nie powtórzyła. O swoją przytomność już się martwić nie musiałam, a z nowej miejscówki miałam nawet lepszy widok na całą scenę niż poprzednio. ;) Szaleństwo pod i na scenie trwało od pierwszej minuty koncertu i mimo, że set lista była typowo festiwalowa, to totalnie odjechałam. Eddie Vedder nie krył wzruszenia, kiedy podczas wykonywania "Just Breathe" dosięgnęły go głośne śpiewy publiczności. Nie bał się także okazywać swojej szalonej ekspresji - a to poprzez rzucenie gitarą o scenę pod koniec "Rearviewmirror", podrygiwanie ze statywem do mikrofonu w trakcie "Rockin' in the Free World", czy też poprzez szalony skok z głośnika. Ten występ nie miał słabych momentów... Forma kapeli okazała się być rewelacyjna - głos Eddiego, mimo nieubłaganie płynącego czasu, wciąż pięknie brzmiący i f e n o m e n a l n y, solówki McCready'ego wspaniałe, cudne brzmienie bezprogowego basu Jeff'a, no i przede wszystkim Cameron, który mam nadzieję przyjedzie do nas wkrótce z Soundgarden i pokaże 100% swoich możliwości. Nieważne, że w porównaniu z innymi koncertami z tegorocznej trasy, dostaliśmy nie tylko najkrótszy koncert, ale też koncert z najsłabszym według mnie setem - i tak długo nie zapomnę tego, bardzo ważnego dla mnie, wieczoru. Aż się chciało załkać na koniec "Why go home?", ech.

Setlista:
1. Interstellar Overdrive (Intro)
2. Corduroy
3. Do The Evolution
4. Hail, Hail
5. Got Some
6. Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town
7. Amongst The Waves
8. Unthought Known
9. Even Flow
10. Just Breathe
11. Daughter / Another Brick in the Wall
12. Given To Fly
13. Arms Aloft [Joe Strummer cover]
14. Why Go
15. Jeremy
16. Rearviewmirror
-------
17. The Fixer
18. Better Man
19. Black
20. Alive
21. Rockin' in the Free World [Neil Young cover]

Konkluzja: Dziś prawdziwych grandżowców już nie ma, a legendy o lansiarskiej, bananowej publiczności Open'era okazały się być smutną rzeczywistością. Natomiast lepszej koncertowo kapeli niż PJ ze świeczką szukać, a sam Eddie Vadder udowodnił swoją pozycję w moim prywatnym rankingu najbardziej charyzmatycznych frontmanów, jakich widziała nasza planeta. I nie trzeba mieć do tego takiej oprawy scenicznej, jak staruszkowie z AC/DC, wystarczy szczerość i czyste emocje, a tego Panom z Seattle nie brakuje. Słucham ich już połowę swojego życia i czuję, że ta muzyka zostanie już ze mną do końca. :)
DZIĘKUJĘ, PEARL JAM!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz